poniedziałek, 2 września 2013

dziś.

Ok, jest osiemnasta, czyli koniec jedzenia na dziś. Wydaje mi się, że przekroczyłam limit, ale to nic, nie będę siedzieć i płakać z tego powodu. Zamiast tego poćwiczę. Z Mel B.

WYZWANIE 2.

Ok, udało się z tym śniadaniem. Rano męczyła mnie jeszcze ta paczka wczorajszych chrupek, ale dzień zaczęłam 30 pompkami, schowałam chrupki do szuflady i jakoś poszło. Teraz taki problem, że jest 11:40, a ja już spożyłam jakieś 800kcal. Nie wiem, czy obiecując sobie, że nie przekroczę 1000kcal nie wykazałabym się objawem naiwności.... dlatego na dzisiaj dam sobie 1300kcal. To też nie takie byle co, wczoraj spokojnie przekroczyłam 2000kcal. Jutro będzie 1000.

niedziela, 1 września 2013

HA. HAHA. kurwa.

Jest 20:51, prawie dwie godziny  temu obiecałam sobie, śmiertelnie poważnie, że nie zjem nic przez następne 12 godzin. W ten czas zdążyłam zjeść kawałek ciasta (które przy okazji było jednym z najgorszych, ale przyszli goście i nie wypadało nie zjeść), 1/3 paczki chrupek i 2x2 Kinder Bueno. Myjąc zęby zawsze patrzę w lustro. Dziś robiłam to z wyjątkową pogardą. Miałam tak ogromną ochotę wsadzić tę szczoteczkę głębiej i sobie ulżyć... Nie zrobiłam tego. Dlatego teraz siedzę przed laptopem i czuję się jak balon. Ale to nic. Zacznę od jutra. Śniadanie zjem godzinę później, niż zwykle.

WYZWANIE 1.

Nie zjem niczego przez 12 godzin. 

Wiem, że to nie brzmi jak coś wielkiego, kiedyś było to dla mnie minimum- nawet jak w ciągu dnia zjadłam za dużo to nigdy nie jadłam po 6, ale z przyzwyczajeniami po wakacjach nie jest to takie łatwe. Właściwie jem bez przerwy będąc w domu. Naprawdę nie wiem jak udało mi się utrzymać wagę, pomimo takich zmian, ale to zdecydowanie pozytywne zaskoczenie. Cud, raczej. Nie potrzebuję sprawdzać gdzie leży granica i chcę jak najszybciej przestać, żeby nie przytyć.
Dlatego nic nie zjem do 6am. Choć wstanę o 5, a śniadanie było pierwszą rzeczą, jaką robiłam po otworzeniu oczu. ZAWSZE. Ale przecież mogę to kontrolować, prawda?

an update.

Chyba udało mi się. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz wymiotowałam. W te wakacje było pełno momentów, kiedy czułam się absolutnie pełna i miałam ochotę sobie 'ulżyć'. Zwłaszcza wczoraj. Nawet szukałam jakiś środków przeczyszczających, ale na szczęście niczego nie znalazłam. O wymiotowaniu pomyślałam, ale wiedziałam, że nie było takiej opcji. I jestem z tego dumna.
Wakacje minęły mi dość obficie. Nie żałowałam sobie. Trudno zresztą byłoby się ograniczać na wakacjach w Polsce, potem Francji, Hiszpanii i w UK też zresztą łatwo nie jest. ASDA pęka promocjami, Maki na każdym kroku. Cały ten rok z resztą taki był. Jutro nowy początek. 1 września. Ostatni rok collegu. Za rok studia. Chcę jakoś wyglądać. Ten rok chciałabym poświęcić na zmianę przyzwyczajeń. Nie ważne, że tyle razy mi się nie udało. Dam sobie kolejną szansę. Tym razem będzie inaczej, bo już nie mogę na siebie patrzeć. Dalej stoję przy 55kg, ale mam wrażenie, że stałam się okrąglejsza. Na tych wakacjach naprawdę poczułam, że żyję i chcę więcej. Bo mogę.